01.06.2026
22.05.2026
Oskar Kopiński, radca prawny, Partner Think Legal • czas czytania: ~8 minut
Wyobraź sobie scenę: trzy miesiące szukania funduszu, kilkanaście pitchów, niezliczona liczba maili. W końcu jest. Inwestor mówi, że jesteście „in” — zdecydował się dać Wam pieniądze — i wysyła Wam term sheet. Trzy strony, kilka tabelek, paragraf o vestingu, paragraf o liquidation preference. Wszyscy founderzy wymieniają się podekscytowanymi memuszkami na slacku, cieszycie się, że w końcu się stało! „Mamy deal.”
Tu chciałbym Was zatrzymać i powiedzieć rzecz, której nie usłyszycie od inwestora: nie macie dealu. Macie kartkę papieru, która mówi, na jakich warunkach możecie się umówić, że może się dogadacie. To duża różnica.
Term sheet to jeden z najgorzej rozumianych dokumentów w transakcjach VC. Z jednej strony founderzy traktują go jak „prawie umowę” — bo wygląda profesjonalnie, ma logo funduszu, konkretne liczby, no i był jakoś tam negocjowany. Z drugiej strony prawnicy będą Wam powtarzać, że „to przecież niewiążące, można odejść w każdej chwili”. Obie te perspektywy są w polskich realiach niebezpieczne.
W tym tekście wytłumaczę, czym term sheet jest, czym nie jest i — najważniejsze — co odróżnia polską praktykę od zachodniego standardu, na którym wzorują się rynki VC. Bo prawda jest taka, że amerykański model „non-binding except for X” nie zawsze daje się przełożyć 1:1 na polski grunt.
Zacznijmy od tego, czego term sheet nie załatwia:
Innymi słowy — term sheet to intencja, nie zobowiązanie. I co do zasady ma to sens: nikt rozsądny nie podpisze się pod przelewem kilku milionów złotych, zanim nie sprawdzi, co dokładnie kupuje.
Skoro nie jest umową, to po co go w ogóle podpisywać? Z kilku powodów.
To mapa drogowa. Term sheet ustala ramy negocjacji właściwych dokumentów. Wszystko, co znajdzie się w umowie inwestycyjnej i umowie wspólników, powinno być zgodne z term sheetem — odejście od jego postanowień na późniejszym etapie wymaga dobrej argumentacji i dobrej woli drugiej strony. Jednego i drugiego najczęściej brakuje — szczególnie jeśli sam term sheet był długo (i burzliwie) negocjowany.
W mojej ocenie, to test moralny. Jeśli inwestor proponuje agresywny term sheet (np. liquidation preference 2x participating, full ratchet anti-dilution, drastyczny reverse vesting albo inne tego rodzaju kwiatki, do których kiedyś jeszcze wrócę), to takiego inwestora możecie mieć w cap table. Wierzcie lub nie ale są w Polsce fundusze, które w A.D.2026 roku proponują jeszcze clawback na swoich udziałach, jeśli founderzy udowodnią wycenę spółki (sic!). Term sheet pokazuje, czy ktoś chce z Wami budować firmę, czy wycisnąć z niej maksimum dla siebie.
To sygnał dla rynku. Podpisany term sheet z renomowanym funduszem to silny sygnał dla innych potencjalnych inwestorów, klientów, pracowników. W odróżnieniu od „rozmawiamy z funduszem X” — to konkret.
Niektóre jego elementy SĄ wiążące. I tu wchodzimy w sedno problemu — bo to, co jest wiążące, wygląda inaczej w USA niż w Polsce.
W amerykańskiej praktyce VC term sheet jest praktycznie zawsze opisany jako „non-binding, except for X”. Ten standard wszedł do globalnego obiegu — m.in. przez model NVCA czy British Venture Capital Association. Polscy inwestorzy często, gęsto, wespół ze swoimi prawnikami, kopiują tę formułę bez zastanowienia.
Problem w tym, że polskie prawo cywilne myśli o negocjacjach inaczej niż common law. I tu trzeba znać kilka rzeczy.
Polskie prawo zna instytucję odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną w trakcie negocjacji. Art. 72 § 2 Kodeksu cywilnego mówi:
Strona, która rozpoczęła lub prowadziła negocjacje z naruszeniem dobrych obyczajów, w szczególności bez zamiaru zawarcia umowy, jest obowiązana do naprawienia szkody, jaką druga strona poniosła przez to, że liczyła na zawarcie umowy.
W praktyce oznacza to, że nawet jeśli term sheet jest formalnie „niewiążący”, inwestor (albo founder), który prowadzi pozorowane negocjacje, może zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Szkoda obejmuje tzw. negatywny interes umowy — koszty DD, koszty prawne, czas, utracone korzyści.
Z naszej praktyki znamy sprawy, w których founder odszedł od dealu na rzecz lepszej oferty innego funduszu — a pierwszy inwestor zażądał zwrotu kilkudziesięciu tysięcy złotych za przeprowadzony już DD. Słusznie? To zależy od okoliczności, ale samego ryzyka nie da się wyłączyć formułą „non-binding”.
Drugi mechanizm, na który trzeba uważać, to ryzyko, że term sheet zostanie zakwalifikowany jako umowa przedwstępna. Art. 389 § 1 KC mówi:
Umowa, przez którą jedna ze stron lub obie zobowiązują się do zawarcia oznaczonej umowy (umowa przedwstępna), powinna określać istotne postanowienia umowy przyrzeczonej.
Jeśli Wasz term sheet zawiera wszystkie istotne postanowienia przyszłej umowy inwestycyjnej (wycena, ilość udziałów, terminy, warunki) i używa zwrotów typu „strony zobowiązują się do zawarcia umowy na warunkach…” — sąd może uznać, że to jest umowa przedwstępna. Wtedy „non-binding” w nagłówku traci znaczenie.
Skutek? Strona, która nie wykonuje zobowiązania, może zostać pozwana o naprawienie szkody (art. 390 § 1 KC), a w niektórych okolicznościach — o zawarcie samej umowy przyrzeczonej (art. 390 § 2 KC).
W polskim term sheecie musimy wyraźnie i precyzyjnie określić, co jest wiążące, a co nie. Nie wystarczy jedno zdanie „this term sheet is non-binding”. Trzeba dodać:
Bez tego macie ryzyko, którego amerykański founder w ogóle nie zna.
Niezależnie od specyfiki dealu, oto lista postanowień, których nie powinno zabraknąć w term sheecie negocjowanym w Polsce.
Punkt 8 jest oczywiście najistotniejszy biznesowo — ale to materiał na osobny artykuł (albo na pięć).
Z mojej praktyki — gdybym miał wybrać pięć rzeczy, które najczęściej zaskakują founderów:
Term sheet to nie jest „prawie umowa”. To ostatni moment, kiedy macie realny wpływ na warunki dealu. Po jego podpisaniu Wasza siła negocjacyjna spada drastycznie — bo każda zmiana będzie wymagała tłumaczenia inwestorowi, dlaczego teraz, skoro już się dogadaliśmy.
Pięć minut spędzonych z prawnikiem nad term sheetem przed jego podpisaniem oszczędza tygodnie negocjacji nad umową inwestycyjną. I miliony złotych przy exit’cie.
Jeśli właśnie dostaliście term sheet i chcielibyście, żeby ktoś z chłodną głową przeszedł przez niego z Wami — odezwijcie się. Robimy to regularnie. Napiszcie na oskar.kopinski@thinklegal.pl albo zostawcie kontakt na thinklegal.pl.
Oskar Kopiński — radca prawny, partner zarządzający kancelarii Think Legal. Doradza founderom i funduszom inwestycyjnym w transakcjach VC — od term sheetu, przez umowę inwestycyjną, po exit. Pracuje od rund pre-seed po growth w Polsce i regionie CEE.